sobota, 4 lipca 2015

Flamenco, niełatwo zrozumieć ale łatwo się zachwycić


Tym razem piszę to ja, czyli Ula. Mam przyjemność dzisiaj pochwalić się debiutem „scenicznym” w najtrudniejszym chyba tańcu, który dla mnie zawsze był wyzwaniem.

Flamenco chodziło za mną od zawsze, tak jak zresztą taniec w ogóle. W okresie nastoletnim zgłębiałam tajniki tańca towarzyskiego (rumba, czacza, jife, samba, walc, quickstep, foxtrot, tango…), potem turniejowego, nawet do klasy B, później krótka fascynacja rock’n’rollem w parze, takim typowym, typu Billy Haley, następnie salsa i tańce latynoskie, merenque, bachata…. Wszystko fajnie, ale …. flamenco! Wiadomo, że to za trudne i że gwiazdy estrady ze mnie już nie będzie. Więc nie opłaca się zaczynać. Na studiach (Iberystyka) ciągle jednak wyłaniała się kultura flamenco, jak wróbel zza płota i spokoju mi nie dawała.