środa, 27 czerwca 2012

Sevilla, co warto odwiedzić?

Sevilla nazywana jest perłą Andaluzji, formalnie też jest stolicą tego regionu. Zdecydowanie warto zwiedzać to miasto wieczorem, ponieważ dopiero wtedy mieszkańcy wychodzą do licznych casetas, mesones, czy też barów. Jeśli jednak mamy zamiar zapełnić karty pamięci ładnymi zdjęciami to jest kilka miejsc, które należy obowiązkowo odwiedzić.

Alkazar - pałac królewski w Sewilli (hiszp. El Real Alcázar de Sevilla) – położony Blisko katedry, w kierunku południowo-wschodnim znajduje się pałac królewski. Decyzje o jego budowie podjął w 913 r. Abd Al-Rahman III, pierwszy kalif Andaluzji. Od tego czasu przebudowywany był przez okres ok. 500 lat (pomniejsze zmiany nawet do XIX w.) przez dynastie mauryjskie, a potem przez władców chrześcijańskich (od XIII w.). Stopiły się tu przez wieki różne style: arabski, gotyk, mudejar. Przy czym pałac jest klasycznym przykładem właśnie stylu mudejar.

Katedra św. Marii - (hiszp. La Catedral de Santa María de la Sede de Sevilla) jest jedną z największych katedr na świecie (największa po watykańskiej Bazylice Św. Piotra i Katedrze Św. Pawła w Londynie). Ma bogato zdobione wnętrza. Wartym zainteresowania elementem jest ołtarz główny, określany jako największy na świecie. Jest wysoki na 27,8 m i szeroki na 18,2 m. Jego pięknie rzeźbiona powierzchnia jest pokryta złotem. Chciano w ten sposób pokazać bogactwo i potęgę Hiszpanii. Użyto ponad 3 tony złota pozyskanego z Nowego Świata. Wewnątrz katedry znajduje się grobowiec Krzysztofa Kolumba (hiszp. Cristóbal Colón, wł. Cristoforo Colombo), podtrzymywany na ramionach przez 4 heroldów, symbolizujących 4 królestwa, które legły u podstaw Hiszpanii. Podobno dotknięcie stopy herolda przynosi szczęście, dlatego też wielu turystów ustawia się w długą kolejkę i czeka, aby stopę dotknąć. Warto wdrapać się na szczyt wieży katedralnej i zobaczyć panoramę Sewilli.

Plac Hiszpański - to obiekt wybudowany w Parku Marii Luizy (Parque de María Luisa) w roku 1928 na Wystawę Ibero-Amerykańską z 1929 r. Wraz z nim powstało wiele pawilonów tematycznych i narodowych. Zaprojektowany w stylu neo-mudejar z elementami art déco, jest bardzo duży – to właściwie długi ciąg połączonych budynków, ma kształt półokręgu otaczającego spory plac z centralną fontanną. Budynek z placem i fontanną łączą, ponad sztuczną rzeczką, ładne mostki. Wielka fontanna tryska obficie wodą, generując przy tym przyjemny chłód. Ściany budynku i mostki są bogato zdobione ceramicznymi płytkami azulejo. Wzdłuż dolnej części ściany zobaczycie jakby nisze, wyłożone ceramiką i poświęcone różnym prowincjom Hiszpanii. Obecnie obiekty znajdują są w rękach rządu i magistratu. Dawne pawilony zamieniono w części na muzea. Plac Hiszpański jest na tyle charakterystyczny, że inspiruje filmowców. To tu były nagrywane niektóre sceny do filmu Gwiezdne wojny Epizod II: Atak klonów.

Złota Wieża – znajduje się na brzegu rzeki, niedaleko mostu Puente de San Telmo. Zbudowana została w pierwszej poł. XIII w. na 12-kątnym rzucie – główny, dolny poziom. Poziom środkowy jest 6-kątny, a najwyższy, okrągły pochodzi z XVIII w. Pierwotnie była punktem obserwacyjnym, strzegącym dostępu do miasta drogą wodną. W razie zagrożenia, podnoszono w poprzek rzeki gruby łańcuch, który blokował statki wroga. Druga wieża, stojąca na przeciwnym brzegu rzeki już dzisiaj nie istnieje. Przez wieki zmieniała się jej funkcja. Złota Wieża była więzieniem, kaplicą, potem mieścił się tu skład prochu strzelniczego, a obecnie znajduje się tu muzeum morskie. Toczą się spory co do jej nazwy. Nie wiadomo czy Złota pochodzi od płytek jakie niegdyś pokrywały jej ściany, czy też, jak chce legenda, trzymano tu złoto przywożone z Nowego Świata.

Dawna Fabryka Cygar (hiszp. Antigua Fabrica de Tabacos) - obecnie stanowi część Uniwersytetu Sewilli. Stara ogromna fabryka cygar była ówcześnie dźwignią ekonomiczną miasta. Fabryka powstała między 1750 a 1766 rokiem, a 100 lat później zatrudniała 10.000 pracowników, spośród których Carmen stała się bohaterką opery (rolowała cygara między swoimi udami). W XIX wieku kobieta ta utworzyła największy w całej Hiszpanii ruch pracujących kobiet. Ten neoklasycystyczny budynek jest imponujący, mimo że trochę ciemny. Jedna z największych hal starej fabryki posiadała stajnię na 400 mułów, własny areszt a nawet pielęgniarkę.

Archiwa Indii (hiszp. Archivo de Indias) - wybudowane  w XVI wieku, z późniejszymi zmianami, posiada cenne dokumenty dotyczące związków Hiszpanii z amerykańskimi koloniami. 8 kilometrów regałów i półek zawiera 80 milionów stron dokumentów, datowanych od 1492 roku aż do końca imperium w XIX wieku.

Dzielnica Santa Cruz – niegdyś getto dla Żydów, wypędzonych z Hiszpanii pod koniec XV wieku na skutek działalności Inkwizycji, jest dziś najbardziej kolorową dzielnicą Sewilli. Jest to najbogatsze miejsce w mieście, biorąc tu pod uwagę liczbę zabytków, wąskie i kręte uliczki chroniące przed słońcem, z wspaniałymi pobielonymi domami i odgrodzonymi żelaznymi bramami. Praktycznie wszystkie domy mają patio, nierzadko bardzo duże, które latem stają się miejscem, gdzie najczęściej przebywa cała rodzina.






poniedziałek, 11 czerwca 2012

El Rocio to niewielka miejscowość położna blisko narodowego parku Donana.

Wyświetl większą mapę W Hiszpanii miejsce to jest  celem corocznych pielgrzymek.


Wracając z plaży w Metalascanas, zgodnie z luźnym planem mieliśmy zasiąść w knajpce nad rozlewiskiem wodnym w El Rocio. Zamysł ten powstał już podczas majówkowego powrotu z parku narodowego, gdy Monika wyskoczyła z auta fotografować różowe flamingi i dzikie konie.
Karta dań, urokliwie położonego lokalu zachęcała do sprawdzenia umiejętności kucharza, więc po solidnej dawce UV zaserwowanej na plaży Sevilli zatrzymaliśmy się na parkingu restauracji. Ula uprzedzała, że jest za wcześnie, że Hiszpanie jeszcze o tej porze nie jedzą nic poza zimnymi tapas.
Uciąłem ostro te pesymistyczne wynurzenia, bo przecież swoje wiem, restauracja jest, niedziela jest, sezon się zaczął to do knajpy można się wbijać.
Dyplomatycznie jednak na przeszpiegi został wysłany Tomek, który wyszedłszy z busa w funkcji floatera zadokował do drzwi wejściowych. Uchwyt drzwi uległ naciskom, Tomek zajrzał, szybko sprawę ocenił i pewnym krokiem wrócił do nas.
Ula jeszcze, z mniejszym przekonaniem, zapytała czy widział aby ktoś jadł. Byłem niemy na te pytania jak i odpowiedzi.
Oczywiście knajpa działała, ale kucharza nie było, kuchnia zamknięta i tylko można raczyć się piwskiem i winem oraz jakimiś lichymi tapas.
Szpetnie objechałem lamusów za to, że nie chce im się prowadzić restauracji i pojechaliśmy bez planu.
Jak zwykle życie ułożyło lepszy.
Zaraz za parkingiem był wjazd na asfalt i zjazd w piaszczystą drogę. Niepozorną ale jakże kuszącą. Mieliśmy czas, więc wykonałem serię niekontrolowanych skrętów uprawiając tzw. turystykę samochodową.
Piaszczyste drogi prowadziły przez całe miasteczko, to nie było najwyraźniej zaniedbanie drogowców.
Oko przyciągały również często pojawiające się archaiczne pojazdy jednoosobowe napędzane siłą jednego konia żywego. Przy prawie każdym domu, niczym w westernach były barierki do parkowania czterokopytnych pojazdów.
Zaczynało się robić ciekawie. Już wiedzieliśmy, że nie ma co liczyć na ciepły posiłek ale miejsce było wyjątkowo urokliwe. Słyszałem o nim właśnie ze względu na zielonoświątkowe pielgrzymki, które utrudniały dojazd na strefę zrzutu.
Sklepiki, z powystawianymi dewocjonaliami i wszędobylskimi sukniami do flamenco, bary mniejsze i większe, wreszcie na skraju rozlewiska instytut ornitologii (myślałem, że taki modernistyczny bar i zajechałem – nie ma co tam jechać) niewiele ale wystarczająco dużo aby sobie usiąść i porobić nic.
Jeszcze parę zakrętów i wypatrzyłem miejsce dobre do posiedzenia. Wyglądało magicznie ze względu na olbrzymie drzewa oliwkowe. Stoły na beczkach, miejsca dla postoju koni i wysokie stoły dla koniarzy, którzy nie mają zamiaru schodzić na dół.
O godzinie 19tej w takich lokalach panuje hiszpańskie trankilo. Smętnie snują się kelnerzy, w środku ktoś coś czyści, na zewnątrz pancio skrupulatnie polewa wodą piach, aby się nie kurzyło.
Sangria, dojrzały serek w kawałkach, jakieś piwko i oliwki w młodej zalewie. Tak je nazywam, bo jeszcze nie mam dokładnej wiedzy o procesie i przygotowywania. Na pewno te z drzewa nie nadają się do jedzenia (sprawdzałem) bo są gorzkie. Te w zalewie już są super, co sprawdza nasz czteroletni smakosz, wcinając niemal tak sprawnie jak czekoladę, tuńczyka, albo surowego łososia na sushi.
W niektórych knajpach podają jednak oliwki w smaku pomiędzy tym co z drzewa a tym co ze sklepu. Z większą zawartością czosnku i papryki. Rewelacja.
Siedzimy więc sobie pod drzewem, a to drzewo, panie tego, to jest oliwka, która ma 1500 lat i jak twierdzi kelner jest jednym z najstarszych drzew w Europie.
Może i sadzi nam turystyczny kit, sprawdzę to niebawem, ale Curro – pilot Dorniera, który jest lokalsem potwierdza to ze stanowczością. Dodaje też, że El Rocio już nie jest takie jak piętnaście lat temu. Teraz ponoć już pachnie komerchą.
No cóż, jeśli organizowane są pielgrzymki, które przyciągają około miliona ludzi do miejscowości zamieszkałej przez 2 tysiące to jak się dziwić, że następują przemiany.
Budzi się w społeczeństwie duch turystyki. Państwo temu sprzyja więc efekty widać.
Doczekaliśmy do wieczora, zamówiliśmy jeszcze kilka fajnych dań. Polecam 400 gramowego T-bone'a, który jest robiony ewidentnie przez fachowca. Nie polecam kremu, czy też sosu, który nie przypomina ani masła czosnkowego ani sosu serowego. Bardzo dobre są kotlety z jagnięciny, smakowicie prezentuje się pieczona kaczka. Krewetki takie sobie. Po przeszkoleniu Szymka vel Janka dotyczącego pieczołowitego czyszczenia krewetki przed dalszą obróbką termiczną smak mi się zmienił. Takie w całości pieczone walą bagiennym zapachem. No da się je zjeść naturalnie ale odbiegają od nowo zarysowanych standardów.
El Rocio zostało założone w 1834 roku.
Sakralną atrakcją jest legenda o figurce matki boskiej, która została znaleziona w koronie drzewa. Szczęśliwy znalazca tak się rozemocjonował, że uciął sobie małe kimonko przed drogą do miasta Almonte. Śpiący myśliwy, po przebudzeniu zauważył, że figurka znowu jest w koronie drzewa. To stanowiło jawny akt cudu, wystarczający do wzniesienia Bazyliki Najświętszej Marii Panny w El Rocio.
Niezależnie jednak od wyznawanej wiary, braku wiary, czy miejsca na wiarę to El Rocio odwiedzić warto.
Miejsce nie ma sobie równych. Wygląda niesamowicie zarówno w ciągu dnia jak i w nocy. Galopujące dzikie konie i różowe flamingi to widok może nieco kiczowaty ale, co dziwne, naturalny.
To również jeden z boków trójkąta turystycznego: plaży w Mtelascanias, parku krajobrazowego Donana i właśnie El Rocio.
Pomysł na wycieczkę, na przynajmniej jeden dzień ze wspaniałą konsumpcją w ładnych widokach. Na plaży nic lepiej nie jeść.